To był luty. Pamiętam dokładnie, bo na urodziny Jędzy robiłem placki ziemniaczane. Wymyśliła sobie, że muszą być tarte ręcznie, bo tylko wtedy ciasto ma właściwą konsystencję. Dobrze, że na podobny pomysł nie wpadła z mąką. Wziąłem więc wolne, ale udałem, że wychodzę do pracy a później wróciłem i zacząłem robić niespodziankę. Majstersztyk przebiegłego pantoflarza. Z pracy dzwonili z pretensjami, że czegoś nie zrobiłem. No ale chuj – urodziny to urodziny. Nie zapomnisz i zrobisz coś dla niej, więc ona poczuje się dowartościowana, dogłaskana i doopiekowana. I będziesz mógł nawet po jakimś browarze albo dwóch liczyć na loda. Po prostu wtedy, kiedy ci się zachce. Ona o tym będzie wiedziała, zanim ci stanie. Gra warta świeczki, prawda?

No ale przy tym tarciu zjebałem sobie palec. Wskazujący prawej dłoni. Dlaczego ten właśnie? Nie wiem. No ale chuj – jesteś maczo, więc nie powinieneś piszczeć na coś takiego. Znaczy powinieneś pokazać – zobacz kochanie to dla ciebie ma krew kapie na… Nie, kurwa, nie kapie na nic, bo będzie pisk. Niech więc rana niech będzie ekologiczna i nieszkodliwa dla środowiska jak wiewiórcza spiżarnia. I niech ona zobaczy ją tylko raz. W odpowiednim momencie. Niech pocałuje cię w ten palec. A ty powiesz, że cię zaszczypało, ale pewnie gdzie indziej byłoby lepiej. Zrozumie. A jeżeli nie zrozumie – żal mi cię, bo źle wybrałeś. Wstań i wyjdź teraz.

Ja wyszedłem dopiero następnego dnia po tych urodzinach, plackach, chlaniu i ruchaniu. Na siłkę. Kurde, błoto chyba było jak szedłem a urodziny są w lutym. Wtedy chyba mróz był. Czyli chyba jednak rocznica czy coś. No ale chuj – urodziny to też jakaś rocznica, nie? Grunt, że była chwila spokoju i jakież żarcie. Dlatego następnego dnia bez wymówki poszedłem na siłkę. I tutaj porażka. Bo u nas wchodzi się na palec. Znaczy na linie papilarne. Znaczy podobno nie na linie, bo nie wolno przechowywać, ale i tak się palec przykłada. A tutaj wtopa. Przytykam tego palucha i nic. Tak sobie go zjebałem, że jebany czytnik zgłupiał. Pomyślałem sobie – chuj – masz dzisiaj wolne – skocz na piwo. Tak zrobiłem i powtórzyłem następnego dnia a później kolejnego. Skoro nie mogłem wejść, nie zapłaciłem za następny miesiąc. Ale dzięki temu odświeżyłem w knajpie parę starych znajomości. Niestety Jędza też odświeżyła i się wyprowadziła. Że niby to tylko na kilka dni. Bo coś się zmieniło i powinniśmy mieć chwilę czasu, żeby to przeanalizować na spokojnie.

Nie zatrzymywałem. Niech wypierdala. I tak niczego nie wniosła do domu, kiepsko gotowała i ciągle marudziła. Tak jej powiedziałem. Po piwie człowiek jest bardziej szczery. Zamiast jej żarcia dla królików mogłem teraz wrócić do męskiej diety. Później zaczęło mnie trochę suszyć w ryju. A w nocy zacząłem wstawać co półtorej godziny, żeby się wylać. Męczące to było, ale myślałem, że przynajmniej nerki mam dzięki temu zdrowe. A później okazało się, że wręcz przeciwnie. Bo w pracy miałem badania okresowe. Okazało się, że mam cukrzycę. Wszystko przez tę sukę i jej urodziny.

Reklamy